Dwa lata egzaminu z człowieczeństwa

fot. Egala
    

    Anna Alboth napisała kolejny ważny tekst – „Dwa lata zielonej granicy” mnie też skłoniły do refleksji na temat tego, co kryzys migracyjny mi odebrał, a czego nauczył. Na pewno nauczyłam się podchodzić bliżej Człowieka. Bez strachu o to czy pacjenta w ogóle można przytulić, po prostu dawałam ludzkie wsparcie całą sobą. Pozwalałam sobie na wszystkie emocje, bo autentyczność zawsze się obroni. Nauczyłam się o sobie tego, że choćbym nie wiem jak bardzo bała się wystąpień publicznych, jestem w stanie opowiedzieć historię ludzi w drodze, żeby dać im głos. Pamiętam jak Edyta zadzwoniła do mnie w styczniu i powiedziała: Cześć, w czerwcu organizuję konferencję pielęgniarską w Zakopanem. Chciałabyś na niej wystąpić i opowiedzieć o doświadczeniu pracy na pograniczu? Zgodziłam się. Mimo iż byłam naprawdę dobrze przygotowana do tego wystąpienia, na 10 minut przed wyjściem na scenę złapała mnie konkretna duszność. Ale szybko przypomniałam sobie po co tu jestem i że w tym wystąpieniu przecież nie chodzi o mnie. Chodzi o ludzi i ich historie. O to, że chcę dać im głos. Pozwolić, żeby te historie wybrzmiały. Dalej uważam, że tylko dwie rzeczy są w stanie przekonać mnie do wystąpień publicznych – dobrzy ludzie i słuszna sprawa. Moja opowieść trwała blisko 20 minut. Tłem do niej było 7 mocnych zdjęć z podlaskich lasów. Kiedy skończyłam swoje wystąpienie głos już na dobre uwiązł mi w gardle, a po policzku popłynęła łza. Edyta też się rozpłakała. Ludzie wstali, zaczęli bić brawo, a ja po prostu stałam i łzy płynęły mi po policzku. Ten moment pokazał mi, że było warto. Nie dla tych braw i gratulacji, choć to przecież bardzo miłe, ale przede wszystkim dlatego, że słuchacze mieli w sobie wrażliwość i otwartość na ludzkie historie. Wszyscy razem wybraliśmy się w podróż na granicę człowieczeństwa.

Praca na pograniczu pokazała mi też, że czasem pod maską pomagania kryje się PR i polityka. I nie ma na to mojej zgody. Że niektóre organizacje szumnie zwane medycznymi/pomocowymi stawiają na to, aby przypadkiem ich dobre imię i poczucie zajebistości nie zostało splamione. I nie ma to nic wspólnego z rzeczywistym niesieniem pomocy potrzebującym. Po prostu PR i hajs muszą się zgadzać. Tam, gdzie zaczyna się polityka i układy – kończy się człowieczeństwo, idealizm i dobre serce. Nauczyłam się więc mocno i konsekwentnie bronić swoich wartości. Dwa ostatnie lata pokazały mi jeszcze, że naprawdę mam za co być wdzięczna w życiu. Mam ciepłe mieszkanie, małe, ale własne, bomby nie lecą mi na głowę. Piję ciepłą herbatę, a na kuchence w garnku stoi ulubiona zupa. Uświadomiłam sobie też, jak dużo niepotrzebnych rzeczy mam w mieszkaniu. Część z nich spokojnie mogłabym oddać potrzebującym. Kryzys dał mi też gorzkie lekcje nt. świadomości swoich emocji. Na początku jeździłam tam na dokumentnym wkurwie, bo nie zgadzałam się na to, żeby ktoś w moim kraju umierał w lesie. I o ile ten wkurw trwał, to byłam o siebie spokojna, bo dawał mi energię do działania. Ale potem zaczął przygasać. W głowie stopniowo pojawiała się ściana. Przestałam dźwigać. I wchłaniać historie z pogranicza. Każda kolejna wiadomość o śmierci w lesie, o pogrzebie w Bohonikach lub okolicach, o kolejnej warstwie drutu kolczastego powodowała, że głowa mówiła: NIE. Nie mogę już tam jeździć. Nie dźwigam, nie chcę, mam w sobie żal, wściekłość i frustrację. Wrażliwość powodowała, że z każdą wiadomością coś pękało mi w środku, a z oczu ciekły łzy. Wiedziałam, że znowu jestem o krok od wypalenia. Zrobiłam sobie przerwę, przeszłam terapię. Dostałam narzędzia samopomocowe i umiejętność rozpoznawania momentu, kiedy zbliżam się do strefy czerwonej. To było konieczne, bo przekroczenie tej strefy i zawrócenie z niej kosztuje dużo więcej wysiłku i energii niż umiejętne wciśnięcie STOP i zadbanie o siebie. Czy kryzys migracyjny mi coś odebrał? Na pewno. Część mnie już na zawsze została gdzieś w środku Puszczy Białowieskiej. Planując urlop i przejazd rowerowego szlaku Green Velo już wiem, że nieprędko się to wydarzy. Bo nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będę gotowa do tego, żeby przyjechać na Podlasie tak po prostu. Żeby lasy nie kojarzyły mi się z ludźmi, ze śmiercią, z porozrzucanymi ubraniami, ze stratą bliskich i z push-backami.

Dwa lata egzaminu z człowieczeństwa.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Karawana kryzysu vs. Katastrofa dobroci

Szpitalne migawki – zapiski z neurologii