Pani Danusia
Pani Danusia trafiła do nas z rozpoznaniem COVID-19. Była w bardzo ciężkim stanie, zaintubowana. Leżała u nas długo. Pamiętam, że po ok. 2 tygodniach pobytu jej stan zaczął się poprawiać, aż któregoś dnia okazało się, że można było usunąć rurkę intubacyjną, bo pacjentka nie potrzebowała już pomocy respiratora. Była bardzo otwartym człowiekiem, z dużym poczuciem humoru i taką… pozytywną zadziornością. Kiedy wspominam jej pobyt na oddziale, myślę, że pojawiła się po to, żeby przypomnieć nam co jest w życiu ważne. Żeby dać nam lekcję człowieczeństwa. Któregoś dnia poprosiła moją koleżankę, czy mogłaby zrobić jej mleko z miodem, bo tak się źle czuje, więc może mleko by jej pomogło. Co prawda nie było miodu, ale był cukier. Natalia spełniła prośbę, przyniosła pacjentce ciepłe mleko z cukrem. Na kolejny dyżur przywiozłam słoik miodu i od tamtej pory robienie codziennie rano mleka dla pani Danusi, to był nasz rytuał. Pamiętam dyżur, który zaczął się jak zwykle. Zdaliśmy sobie raport, potem poszłam gotować mleko, potem przebrałam się w kombinezon i weszłam do strefy zakaźnej. Po wykonaniu zleceń lekarskich pomogłam pacjentom przy śniadaniu, a potem porozmawiałam z panią Danusią. Była inna niż wcześniej. Skarżyła się, że jest jej duszniej niż zwykle. Pamiętała, że musi dużo leżeć na brzuchu, bo wtedy płuca się inaczej rozprężają. Walczyła, starała się. Pytała: będzie lepiej? Jak myślisz? To jedno z tych pytań, na które nie ma dobrej odpowiedzi. Powiedziałam jej, że było już naprawdę źle, więc nie wolno tracić nadziei. Pamiętam, że prosiła, żeby ją uczesać i związać włosy w kucyk. Pobiegłam do szatni znaleźć gumkę do włosów. Schodząc z dyżuru weszłam do strefy zakaźnej jeszcze raz. Zamienić dwa zdania, powiedzieć dobranoc. Wyczuwałam niepokój. Kiedy dwa dni później przyszłam do pracy na dyżur nocny już od wejścia czułam, że coś jest nie tak. Koleżanka z pracy podeszła do mnie i powiedziała:
- Wiesz, co z naszą Danusią?
- Zmarła?
- Nie, ale jest na oddziale intensywnej terapii.
Zrobiło mi się cholernie smutno. Bo przecież walczyła tak dzielnie. Ale też tak bardzo się bała. Następnego dnia rano poszłyśmy z Natalią na OIT. Co prawda oddziałowa nie była chętna do tego, żeby ktokolwiek burzył jej spokój na oddziale, ale ostatecznie pozwoliła nam wejść. Podeszłyśmy do łóżka pani Danusi, złapałyśmy ją za rękę. Natalia powiedziała: pani Danusiu, mleko czeka… A ja się rozpłakałam. Zeszłyśmy na dół. Kilka dni później do Bochni przyjechały jej dzieci. Zdążyły się z nią pożegnać. Niedługo potem umarła. Ta sytuacja przypomniała mi wielu pacjentów, którymi opiekowałam się podczas 10 lat pracy. Przypomniała mi też, że jak trzeba być obok, to się po prostu jest. Robi się herbatę albo mleko z miodem, przykrywa kołdrą, poprawia prześcieradło, karmi łyżeczką, trzyma za rękę. Wspólnie milczy.
Pamiętam pacjenta z krwotokiem w potylicy i jego żonę, która prosiła, żeby czuwać przy nim do rana. Że zaraz po siódmej przyjedzie tu znowu, skoro nie może zostać przy nim w szpitalu. Pamiętam słowo „dziękuję” wypowiedziane w najmniej oczekiwanym momencie. Pamiętam dzieciaki odwiedzane razem z Fundacją dra Clowna, dla których bańki mydlane były największą radochą. Nie trzeba było niczego więcej. Pamiętam ostatni dyżur na neurologii i pacjentów, którzy stanęli w drzwiach i nie chcieli mnie wypuścić. „Nie puścimy pani, bo kto będzie z takim uśmiechem mówił: przepraszam, czyj to mercedes, bo muszę go trochę przeparkować?”. Pamiętam łzy płynące po policzkach nieprzytomnej pacjentki, do której zadzwoniła córka. Poprosiła, żeby przyłożyć mamie telefon do ucha, bo chciałaby jej coś powiedzieć. Pamiętam uścisk dłoni w środku ciemnego lasu i rozmowę bez słowa. Pamiętam pacjentkę, która powiedziała do męża, że umiera. I tę nieskończenie długą drogę windą na oddział kardiologii. Kiedy w powietrzu wyczuwało się niesamowitą miłość. Mąż płakał, a ja razem z nim. Zostawiłam mu chusteczki, bo bał się odejść od łóżka. Bał się, że jak wróci, to Jej już nie będzie. Pamiętam tatę, który opowiadał, że kiedy córka leżała na intensywnej terapii, to on po prostu siedział przy łóżku i rozczesywał jej włosy. Bo wtedy czuł się potrzebny i tak okazywał jej miłość.
Pamiętam swoją własną podróż na salę operacyjną. Jasne światła na suficie i uczucie żeby zamknąć oczy i obudzić się już po wszystkim. Ale do „po wszystkim” była jeszcze daleka droga. Pamiętam, że wtedy spotkanie znajomego Człowieka na dyżurze uspokoiło mnie w sekundę.
Pamiętam panią Danusię. Pacjentkę, która charakterem i otwartością ujęła nas wszystkich. Zintegrowała zespół. Rozkruszyła beton.
Czasem nie można zrobić nic więcej, ale można dać obecność. Być obok i złapać za rękę.
Zawsze warto. Małe rzeczy mają wielką moc.
Dziękuję.

Komentarze
Prześlij komentarz