Ratownik też człowiek - warsztaty z bycia pacjentem

źródło: https://i1.kwejk.pl/k/obrazki/2012/10/5341a707b2ad74016b784c4143b7bfb1.jpeg

Marysia Organ napisała kiedyś w jednym ze swoich tekstów, że „czasem człowieka można złamać jednym zdaniem. Ale jednym zdaniem można też naprawić”. W zupełności się z tym zgadzam. Ostatnio znowu na chwilę byłam pacjentką. I znowu przyszły mi do głowy refleksje związane z wypaleniem zawodowym. Swoją drogą, uważam, że dla medyków powinny być organizowane obowiązkowe warsztaty z bycia pacjentem. Warto sobie raz na jakiś czas przypomnieć jak to jest „znaleźć się po drugiej stronie barykady” zwanej systemem ochrony zdrowia. Poczuć tę bezradność, lęk, zagubienie i brak informacji, z którymi na co dzień zmagają się pacjenci.

- Ojej, masz płacz na końcu nosa…

- Wiem, wiem, coś mi upadło. Uśmiech z twarzy. Ale pierwszy raz od długiego czasu tak bardzo się przestraszyłam…

- Nie bój się. Wyniki nie wskazują na nic poważnego. Naprawdę. Już w porządku…

- Bardzo dziękuję. Jak mogę się odwdzięczyć? Zawsze mnie wzrusza, kiedy ktoś patrzy na pacjenta jak na człowieka. A nie jak na numerek z rozpoznaniem, przedmiotowo. Wsparcie i ciepło przywraca wiarę w człowieczeństwo…

- Nie ma potrzeby się odwdzięczać. Ludzi powinno się traktować po ludzku. To nie podlega dyskusji.
- Kurcze, myślałam, że nie można trafić na dwóch lekarzy z powołania w jednym dniu. A jednak!

Ta sytuacja na własnym przykładzie pokazała mi, że naprawdę niewiele potrzeba do tego, żeby poprawić komfort pacjenta. Kiedy przestajesz widzieć człowieka w człowieku, bo zmęczenie i frustracja biorą górę, zrób krok w przód, podejdź bliżej i posłuchaj jego historii.

Druga sytuacja przyszła mi do głowy, kiedy mieliśmy na dyżurze pacjenta z wszczepionym LVAD1. Byłam kiedyś na wykładzie otwartym o wszczepianiu i wyszczepianiu tych urządzeń. O przeszczepach serca, o walce z czasem. Pamiętam początkowy stres na twarzy wykładowczyni, a potem już tylko iskrę w oku i morze empatii. Poczucie humoru i ciepło bijące na kilometr. Pamiętam, że historie zawodowe płynęły tam strumieniami. Wyłapałam tę o 21-letniej Magdzie, akcie rozpaczy i udanej walce. Coś na chwilę ścisnęło mnie w środku. Widziałam łezkę w oku i serdeczną troskę na twarzy mówczyni. Złapałyśmy się wzrokiem, wymieniłyśmy ciepłe spojrzenie. Pomyślałam sobie wtedy – silna, wrażliwa kobieta z klasą. Chodząca definicja zawodowego profesjonalizmu. Oby takich więcej. Wróciłam z tego wykładu pełna podziwu, z głową pełną emocji. I pomyślałam sobie, że jeśli ludzie z taką wrażliwością nie wypalili się mimo 20-letniego stażu w zawodzie, to nie ma rzeczy niemożliwych.

Bardzo nie chcę się wypalić. Marzy mi się świat, w którym na pacjenta nie patrzy się jak na intruza. W którym medycy mają dostęp do opieki psychologicznej „z urzędu”, a nie tylko prywatnie. W którym debriefing po ciężkim dyżurze to stały punkt w grafiku. Chyba długo przyjdzie mi czekać na te zmiany. O ile w ogóle kiedyś nastąpią. To, co mogę zrobić, to zadbać o siebie. I zareagować na niepokojące objawy, które mówią: balansujesz na granicy wypalenia. To ostatni moment, żeby przechylić szalę na tę dobrą stronę. Czas wcisnąć STOP – SPRAWDZAM.

A poza wszystkim – marzy mi się świat, w którym pacjenta traktuje się z szacunkiem i zrozumieniem. A nie jak zło konieczne. Pamiętam jak kiedyś na dyżurze trafiła do nas pacjentka z bólem brzucha. Trzy dni wcześniej była w szpitalu, miała wówczas wykonane wszystkie potrzebne badania i ustalony termin przyjęcia na ginekologię w poniedziałek. Miała świeżo wykryty nowotwór macicy. Zgłosiła się ponownie, ponieważ nie mogła sobie poradzić z bólem, zażyła już wszystkie dostępne bez recepty leki – z miernym skutkiem. Pamiętam, że w czasie kiedy przygotowywałam jej kroplówkę przeciwbólową podszedł do niej nasz lekarz dyżurny i powiedział: wie pani, ma pani taką chorobę, że już lepiej nie będzie, no trzeba się z tym pogodzić. Stałam przy stoliku zabiegowym i po prostu się wkurwiłam. Poprosiłam tego lekarza na bok, a ponieważ był w moim wieku, to nie miałam specjalnych oporów, żeby zwrócić mu uwagę. Mówię mu: Grzesiek, jak można odebrać nadzieję na starcie? Przecież ta kobieta dopiero czeka na szczegółową diagnostykę. Nie wiesz jaki to guz, złośliwy czy nie, jakie są szanse na wyleczenie. No kurwa. Miałeś w ogóle psychologię na studiach? Pamiętam, że wspomniał coś w stylu, że rak to rak i wiesz jak jest. Nieważne. Nie mówię o tym, żeby obiecywać pacjentom złote góry i mówić nieśmiertelne: wszystko będzie dobrze, bo nie wiemy czy będzie. Ale można było powiedzieć, że czeka panią szczegółowa diagnostyka na oddziale i dopiero jak będzie wiadomo jaki to rodzaj nowotworu, lekarz przedstawi dostępne opcje leczenia. Pamiętam, że kilka godzin później zawoziłam tę pacjentkę na oddział ginekologii piętro wyżej. W drodze zapytała:

- A daleko ta ginekologia?
- Nie, na pierwszym piętrze.
- O, to fajnie. To będę bliżej pani. Dziękuję za opiekę i wsparcie.

Tak niewiele, a tak wiele.
Innym razem zgłosiła się do nas inna pacjentka, również z bólem brzucha. Miała wykonaną tomografię jamy brzusznej i po wynikach badań pojechała do innego szpitala na konsultację urologiczną. Tylko, że… nikt jej nie powiedział co wyszło w tomografii. Żaden lekarz nie porozmawiał z nią przed wyjazdem na konsultację o tym, co podejrzewa i co chce wykluczyć. Pacjentka w trakcie badania dosłownie oberwała w głowę zdaniem: przecież pani jest pacjentką onkologiczną, więc… Ta kobieta wróciła do nas w dużo gorszym stanie niż wyjechała. I nie mówię tu tylko o kondycji psychicznej. Poszczególne parametry też były coraz trudniejsze do ustabilizowania. Kompletnie się nie dziwię. Gdybym była na jej miejscu i dowiedziała się o swojej chorobie w taki sposób, zupełnie przypadkiem, miałabym w sobie mnóstwo złości, żalu i smutku. Żalu o to, że nikt ze mną nie porozmawiał. Nie wytłumaczył. Nie dał chociaż szczypty wsparcia.

Po ostatnim pobycie w szpitalu – tym razem w roli pacjentki – jestem przerażona tym, jak można traktować człowieka. I tak po ludzku się boję. Ale nie procedur medycznych.

  • boję się, że nawet jeśli nie dopadnie mnie demencja, ale będę chciała wstać do toalety, to nikt nie zareaguje, w zamian dostanę haloperidol i cewnik

  • boję się, że będzie się mną zajmował ktoś, kto nawet nie jest lekarzem. Że będą na mnie "ćwiczyć" różne ścieżki postępowania med. Bez nadzoru specjalisty.

  • boję się, że jeśli nie zgodzę się na jakąś procedurę medyczną, to nikt tego nie uszanuje.

  • boję się, że przy migotaniu przedsionków, jeśli trafię do szpitala jako pacjent stabilny hemodynamicznie to i tak najpierw oberwę prądem

  • boję się, że będą mnie trzymać na sali izolacyjnej kolejny dzień bez jedzenia. Bo nikt o tym nie pomyśli. Że jeśli będę w ciężkim stanie i nie będę w stanie samodzielnie jeść, to nikt nie założy mi sondy do żołądka i nawet nie spróbuje nakarmić.

  • boję się medyków, którzy nie mają zawodowej pokory.

  • boję się odczłowieczenia.

Ale wiem jedno - jeśli kiedyś trafię do szpitala w podeszłym wieku i ktoś zapnie mnie w obrączki, to obiecuję, że będę się nimi tłukła o barierki cały dzień i całą noc. Nie idę na benzodiazepiny. Uprzedzam.

1Left Ventricular Assist Device -urządzenie wspomagające pracę lewej komory serca


 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Karawana kryzysu vs. Katastrofa dobroci

Szpitalne migawki – zapiski z neurologii

Dwa lata egzaminu z człowieczeństwa