Siedzę we fluo, macham laczem, aż tu nagle przychodzi Grażyna i pyta czy idę z nią na oddział zewnętrzny. No idę, konsultacja pulmonologiczna (wyjście na papierosa) zawsze w cenie.
Slang zawodowy. Coś, co często pomaga nam przetrwać trudne dyżury, bo czarny humor w tej branży często działa terapeutycznie. Ale z drugiej strony jest to też coś, co często tworzy dystans między nami a pacjentem, ponieważ on po prostu nie rozumie o czym mówimy. Jeśli nie przełożymy mu procedur czy poszczególnych badań "z medycznego na polski", taki człowiek nie będzie czuł się bezpieczny i zaopiekowany. Z trzeciej strony, czasem jak się nas, medyków, posłucha z boku, to człowiek sobie myśli: Boże, jak w ogóle można tak powiedzieć... I zgadzam się, że czasem faktycznie powinniśmy dać sobie na wstrzymanie i nie mówić przy pacjencie w ciężkim stanie: "UPS", albo: "o ku*wa", są inne sposoby na przefiltrowanie emocji w tym konkretnym momencie i niekoniecznie musi to być dźwięczne "r" w tym jednym słowie. Ale w dużej części przypadków mimo specyficznego poczucia humoru, naprawdę nie mamy niczego złego na myśli. Używając tego osobliwego często słownictwa po prostu oswajamy trudne emocje i dzięki temu łatwiej nam radzić sobie z poszczególnymi sytuacjami, które wielokrotnie na dyżurze potrafią przytłoczyć.
No ale wracając do początku: co to właściwie jest to fluo? I o co chodzi w pierwszym zdaniu tego tekstu?
Fluo to po prostu slangowa nazwa pomarańczowych ratowniczych ciuchów. Machanie laczem - powszechny trend - przecież wiadomo, że medyk nic innego nie robi, tylko siedzi z nogą na nogę, macha crocsem albo innym dyżurowym obuwiem, a od czasu do czasu wychodzi na zewnątrz, np. na podjazd dla karetek, bo nic tak nie integruje zespołu jak wspólnie spalone papierosy. I ja wiem, że czasem, patrząc z perspektywy pacjenta, może się wydawać, że od kilku godzin nic się nie dzieje, a personel pielęgniarsko-ratowniczy tylko macha nóżką i wychodzi na papieroska, ale często nie wiemy, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami np. sali obserwacyjnej na SORze. Czasem w tzw. międzyczasie przyjedzie reanimacja, więc wtedy "wszystkie ręce na pokład" i pacjenci nie wymagający nagłej pomocy muszą po prostu trochę poczekać na swoją kolej. Wiadomo, że zdarzają się też przegięcia. Brak informacji i wyjaśnienia sytuacji ze strony personelu, frustracja i zdenerwowanie pacjentów, znieczulica, zmęczenie, pośpiech, wkurw i tak dalej. Czasem wyjście na papierosa w trakcie dyżuru pomaga na szybko przefiltrować emocje czy po prostu złapać chwilę oddechu pomiędzy kolejnym pacjentem czekającym do triażu.* Ale absolutnie nie zwalnia nas z zachowania zawodowego profesjonalizmu. Mój oddziałowy w sytuacjach kiedy frustracja i napięta atmosfera rosła, zawsze powtarzał: Chodź, zabijemy ich kulturą i empatią. Zgadzam się. Czasem to jedyna słuszna broń. Wykazując więcej zrozumienia łatwiej będzie znaleźć wspólny język. Choć czasem... to cholernie trudne i wymaga dużej dojrzałości - nie tylko zawodowej.
*triaż - pomieszczenie, w którym wstępnie bada się pacjentów zgłaszających się do szpitalnego oddziału ratunkowego i nadaje się im priorytet przyjęcia.
Komentarze
Prześlij komentarz