Tatrzańska regeneracja

Dobrze mieć coś, co będzie odskocznią od nadmiaru trudnych emocji. Co pozwoli przemyśleć sytuację, da spokój i chociaż chwilową równowagę. Dobrze mieć miejsce, do którego chce się wracać po to, żeby choć trochę podładować wewnętrzną baterię. Dla mnie takim miejscem są góry. Wędrówka pozwala się zmęczyć, nacieszyć otaczającą przestrzenią i od nowa ustalić priorytety. Wracam tu po spokój i radość. Po małe szczęścia i ważne momenty. Po długie rozmowy przy herbacie. Po uśmiech prosto z serducha. Po prawdziwość i szczerość. Po spotkania na szlaku. Kiedyś potrafiłam się tylko "dojeżdżać". Na boisku, na rowerze, na ściance, w górach. Ścigałam się ze sobą, jakbym chciała uciec. A przecież przed sobą się nie da. Chodziłam w góry z ludźmi pokroju "maszeruj albo zdychaj". Cisnęłam, bo wiedziałam, że nikt nie poczeka. Ukształtowało mi to charakter i kondycję, ale zdecydowanie bardziej wolę moment, w którym teraz jestem. Jeśli się dociskam, to świadomie, bo wiem, że mam zapas sił i w głowie i w mięśniach. Super jest czuć się bezpiecznie i iść w góry bez presji. Ze świadomością, że zawsze można zawrócić i nikt z tego powodu nie zrobi bezsensownej awantury. 

Był czas, kiedy leczyłam tu potrzaskane serducho i smutek po stracie. Kiedy jechałam zamienić słówko ze zmarłym kumplem na jego ulubionym tatrzańskim szczycie. Ale w każdym z tych doświadczeń ostatecznie znajdowałam szczęście, bezpieczeństwo i wdzięczność. Wdzięczność za Dobrych Ludzi obok. Podobnie było i tym razem, kiedy przyjechałam w Tatry na długą wędrówkę, bo praca z covidem rozjechała mnie na płasko, a potem do całości dołożył się jeszcze rozpad związku. 

Dojrzałość i odwaga. Tego czasem brakuje, żeby umieć zrezygnować z relacji. Brakuje też pewności, że bez pozornych znajomości nie będziemy czuć się sami. Kiedy szlak, którym idziesz, niespodziewanie się urywa i stajesz nad przepaścią, możesz albo skoczyć, albo cofnąć się do najbliższego rozwidlenia. To trudna decyzja, bo wymaga zajrzenia sobie do środka. Trzeba usiąść samemu ze sobą i zadać sobie kilka niewygodnych pytań. To też wymaga odwagi, ale warto. Bilans zysków i strat wychodzi na plus.

-Samotnie?

-Dziś tak, czasem trzeba.

-Tęskni Pani za czymś, prawda?

-Ano, każdy za czymś tęskni. Aż tak to widać?

-Widać po oczach. Ale spokój też widać, to dobrze wróży. Bo wie Pani, w górach wszystko z człowieka wyjdzie.

Nawet się nie zorientowałam, kiedy ostatnie tygodnie zaczęły mi wypływać oczami, a gardło ścisnęło się jak przy reakcji alergicznej.

Napotkany turysta podsunął mi paczkę chusteczek i zaczął opowiadać. O czasie, doświadczeniach i lekcjach. Przypomniał, co jest w życiu ważne i co można zrobić, kiedy zachwiały się filary. O tym, że zajrzenie sobie do środka to odwaga, a nie egoizm. Że nie można budować na gruzach. Jak sufit runie, to najpierw trzeba S I E B I E odkopać, potem ocenić straty i zdecydować, co dalej. I czy składać wniosek o odszkodowanie. Dać sobie czas na regenerację. Wierzę mu. 

Na dół schodziłam już spokojniejsza. Równym rytmem.  Z regularnym oddechem i poczuciem dobrze odrabianej lekcji. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Karawana kryzysu vs. Katastrofa dobroci

Szpitalne migawki – zapiski z neurologii

Dwa lata egzaminu z człowieczeństwa