Tatrzańska regeneracja
Był czas, kiedy leczyłam tu potrzaskane serducho i smutek po stracie. Kiedy jechałam zamienić słówko ze zmarłym kumplem na jego ulubionym tatrzańskim szczycie. Ale w każdym z tych doświadczeń ostatecznie znajdowałam szczęście, bezpieczeństwo i wdzięczność. Wdzięczność za Dobrych Ludzi obok. Podobnie było i tym razem, kiedy przyjechałam w Tatry na długą wędrówkę, bo praca z covidem rozjechała mnie na płasko, a potem do całości dołożył się jeszcze rozpad związku.
Dojrzałość i odwaga. Tego czasem brakuje, żeby umieć zrezygnować z relacji. Brakuje też pewności, że bez pozornych znajomości nie będziemy czuć się sami. Kiedy szlak, którym idziesz, niespodziewanie się urywa i stajesz nad przepaścią, możesz albo skoczyć, albo cofnąć się do najbliższego rozwidlenia. To trudna decyzja, bo wymaga zajrzenia sobie do środka. Trzeba usiąść samemu ze sobą i zadać sobie kilka niewygodnych pytań. To też wymaga odwagi, ale warto. Bilans zysków i strat wychodzi na plus.
-Samotnie?
-Dziś tak, czasem trzeba.
-Tęskni Pani za czymś, prawda?
-Ano, każdy za czymś tęskni. Aż tak to widać?
-Widać po oczach. Ale spokój też widać, to dobrze wróży. Bo wie Pani, w górach wszystko z człowieka wyjdzie.
Nawet się nie zorientowałam, kiedy ostatnie tygodnie zaczęły mi wypływać oczami, a gardło ścisnęło się jak przy reakcji alergicznej.
Napotkany turysta podsunął mi paczkę chusteczek i zaczął opowiadać. O czasie, doświadczeniach i lekcjach. Przypomniał, co jest w życiu ważne i co można zrobić, kiedy zachwiały się filary. O tym, że zajrzenie sobie do środka to odwaga, a nie egoizm. Że nie można budować na gruzach. Jak sufit runie, to najpierw trzeba S I E B I E odkopać, potem ocenić straty i zdecydować, co dalej. I czy składać wniosek o odszkodowanie. Dać sobie czas na regenerację. Wierzę mu.
Na dół schodziłam już spokojniejsza. Równym rytmem. Z regularnym oddechem i poczuciem dobrze odrabianej lekcji.

Komentarze
Prześlij komentarz