Zakrzepica - znieczulica
Pozostając w temacie godnego traktowania pacjentów – co jakiś czas wraca do mnie jedna sytuacja z dyżuru. To była dość ciężka nocka, dużo pacjentów, brak lekarza na izbie przyjęć, awantury, krzyki, frustracja. Po kilku godzinach gróźb i próśb dyrekcja szpitala przekonała chirurga dyżurnego, żeby zszedł na izbę przyjąć pacjentów. Nie odbieram mu kompetencji jako specjaliście w swojej działce, ale sposób odnoszenia się do pacjentka był co najmniej poniżej krytyki. Miałam wtedy triaż. Pacjentka zgłosiła się do nas ze skierowaniem z ambulatorium nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej. Rozpoznanie: I80.2 – zapalenie i zakrzepowe zapalenie innych żył i innych naczyń głębokich kończyn dolnych. Parametry w normie, z objawów: ból lewego poudzia, noga cieplejsza niż normalnie, lekkie zaczerwienienie. Pacjentka była bardzo zestresowana, ponieważ jej mama miała zakrzepicę żył głębokich kończyny dolnej, a kilka miesięcy temu zmarła z powodu zatoru tętnicy płucnej, spowodowanego prawdopodobnie przez skrzep pochodzący z chorej kończyny. Kobieta była w panice. Pytała jakie są możliwości sprawdzenia czy to nie zakrzepica i czy jest na dyżurze lekarz, który będzie w stanie jej pomóc. Lekarz był. Ale do pomocy się nie kwapił. Nadałam pacjentce priorytet przyjęcia, a następnie zaniosłam jej kartę do zabiegówki i zaczęłam szybkie omówienie dolegliwości. Lekarz najpierw mnie konkretnie opierdolił, że to przecież nie do nas, że proszę przekazać pacjentce żeby poszła do innego szpitala z taką „błachostką”. Powiedziałam, że jeśli doktor odmawia przyjęcia pacjentki, to proszę ją samodzielnie o tym poinformować. Kazał mi zawołać ją do gabinetu. Kobieta weszła i dosłownie rozpętało się piekło. Najpierw lekarz na nią naskoczył, że co to za przychodzenie z taką „bzdurą” o tej porze, a potem kazał jej iść do innego szpitala. Kobieta się rozpłakała, próbowała mu wytłumaczyć, dlaczego to dla niej takie ważne żeby jednak sprawdzić tę nogę… Nie dopuszczał jej do głosu. Przyniosłam aparat do USG z gabinetu obok i powiedziałam do niego: może wystarczy zrobić tej pani USG na początek, ja pobiorę badania i się nią zajmę i już będzie trochę spokojniejsza, bo zaopiekowana… Nie dał się przekonać. Powiedział, że badania owszem, mogę pobrać, ale on ich nie zleci w systemie i dalsza dyskusja nie ma sensu. Wrzeszczał przy tym strasznie, więc powiedziałam, żeby przestał na mnie krzyczeć, bo sobie tego nie życzę. Wyszłyśmy z gabinetu. Ja z gulą w gardle, pacjentka zanosząca się płaczem. Kobieta powiedziała, że idzie do domu, bo już nie chce iść do żadnego innego szpitala. Boi się, że potraktują ją tak samo. Wyjęłam z szuflady w magazynie maść Lioton 1000, powiedziałam, żeby posmarowała nią nogę, w domu trzymała ją wyżej na poduszce, a rano w laboratorium w przychodni pobrała krew na D-dimery. I żeby z wynikiem poszła do lekarza pierwszego kontaktu. On ją pokieruje na odpowiednią diagnostykę jeśli zajdzie taka potrzeba. Podziękowała, przytuliła mnie i wyszła. A ja zostałam z całą mieszanką emocji w środku. Było mi wstyd za zachowanie tego lekarza. Z jednej strony rozumiem, że był wkurwiony, bo przecież rozpisał się na dyżur na oddziale chirurgii, a został „oddelegowany” na izbę przyjęć, bo ktoś nie zadbał o to, żeby zapewnić obstawę lekarską. Pacjentów tego dnia było dużo i większość dolegliwości to nie były tzw. stany ostre. Ale to dalej nie powód żeby swoją frustrację i wkurw wylewać na pacjentów i personel. Chociaż wiem, że to trudne, mnie też się zdarzyło zachować tak, że wcale nie jestem z tego dumna. Ale zdarzyło mi się też przeprosić pacjenta. Wyjść, ochłonąć, wrócić, przeprosić. Wszyscy jesteśmy ludźmi i każdy z nas ma swoją wytrzymałość. Ale profesjonalizm powinien być na pierwszym miejscu w tej pracy. W parze z empatią i zrozumieniem tworzyłby idealny zestaw. Nie wiem, jakie były dalsze losy tej pacjentki. Czy jej obawy się potwierdziły czy nie. Mam nadzieję, że jednak nie. Emocje kotłowały mi się w głowie do rana. Wpisałam brakującą maść na listę braków i porozmawiałam z oddziałową o tej sytuacji. Bo już od wejścia widziała, że coś się stało. Gulę w gardle miałam dalej. Łzy też mi pociekły. Tylko tym razem z wkurwu i bezradności. Że nie mogłam w żaden sposób wpłynąć na tego lekarza. I w żaden inny sposób pomóc tej kobiecie. W głowie kołatały się słowa wiersza Borszewicza: „Szukam świata, w którym człowiek człowiekowi człowiekiem.”

Komentarze
Prześlij komentarz