Zapiski z neurologii - jeden dyżur, magia świąt, pasterka i dłużnicy

źródło: https://zdrowie.radiozet.pl/medycyna/prawa-pacjenta/nie-podrzucaj-seniora-na-swieta-apeluja-medycy
Wigilijny dyżur. Do południa jak zwykle działo się dość sporo, po południu było już spokojniej. Jednak nie obyło się bez zgrzytów. Rodzina pacjenta, który wychodził dziś do domu przyniosła nam słodycze i kawę w ramach wdzięczności. Agnieszka stwierdziła, że w takim razie rozdzieli podarunki na całą zmianę, każdemu po równo. Powiedziałam, że może rozdzielić też moją część, ponieważ nie jadam słodyczy, a kawę piję stosunkowo rzadko, a ona ma dwójkę dzieci, więc może dorzucić im czekoladki do świątecznych prezentów. Nigdy bym nie pomyślała, że rozpęta się z tego mała wojna, bo Aga stwierdzi, że to tak jakbyśmy dostali pieniądze za pracę i ja bym ich nie przyjęła. Że jak tak można, że nie szanuję współpracowników i tak dalej. No, trochę się zagalopowała, bo zupełnie nie to miałam na myśli. Ale na dyskusje i wyjaśnienia nie było już miejsca, atmosfera była zbyt gęsta. Poczekałam więc do końca dyżuru aż każda z nas trochę ochłonie i spróbowałam jeszcze raz wytłumaczyć jej mój punkt widzenia. Ostatecznie swój dyżurowy przydział zostawiłam w dyżurce, odpakowałam czekoladki, żeby dziewczyny się częstowały. Z Agą życzyłyśmy sobie wesołych świąt i już w trochę mniejszych emocjach rozeszłyśmy się do domów. Pamiętam, że schodziłam z tego dyżuru mocno przybita. Kilka rzeczy się na to nałożyło, po pierwsze perspektywa samotnego spędzenia wigilii, bo przecież do domu rodzinnego już dziś niczym nie dojadę, a poza tym niekoniecznie lubię tam jeździć, z powodu wcześniejszych, nie do końca dobrych doświadczeń. Po drugie… ten dyżur oprócz mało istotnych, choć dość emocjonalnych zgrzytów w zespole obfitował w coś jeszcze. A mianowicie w sytuacje, kiedy ludzie postanowili przywieźć starszych członków swoich rodzin do szpitala, bo przecież „stan babci/dziadka od wczoraj znacznie się pogorszył”. O ile w kilku sytuacjach być może faktycznie tak było, to w większości niestety jest to coroczny niechlubny „trend”. Sezon na „babki świąteczne” oficjalnie rozpoczęty. Takim mianem określa się w slangu medycznym seniorów „podrzucanych” do szpitala na święta, bo rodziny chcą mieć przez ten czas trochę spokoju. Doskonale rozumiem, że opieka nad starszą osobą jest trudna i wyczerpująca zarówno fizycznie jak i psychicznie. Bo często jest to osoba leżąca, trzeba ją umyć, przebierać pampersy, karmić. Na miejsce w zakładzie opiekuńczo-leczniczym czeka się czasem latami. Na prywatne ośrodki czy zatrudnienie opiekunki/pielęgniarki do pomocy mało kogo stać. Czasem frustracja, zmęczenie i złość biorą górę i ma się ochotę po prostu odpocząć. Rozumiem to. To bardzo ludzkie. Ale z drugiej strony – nasze babcie czy nasi dziadkowie to wciąż ludzie, a nie przedmioty. Którzy też mają uczucia, często wiedzą/czują, że są dla kogoś ciężarem i też nie jest to dla nich komfortowe. Święta – przynajmniej z założenia, to mocno rodzinny czas. I każdy chciałby je spędzić w atmosferze miłości i wzajemnej troski. Ludzie starsi są bardzo mocno przywiązani do tradycji. Nie wyobrażam sobie jak bardzo zagubieni muszą się czuć, kiedy nagle rodzina zostawia ich w szpitalu. W święta. Tylko na kilka dni. Ewentualnie tydzień. Albo dwa. A może od razu uda się załatwić miejsce w ZOL-u? Babcia jak bagaż – szpital jak przechowalnia. Szkoda tylko, że często nikt się nie kwapi, żeby ten bagaż w końcu odebrać. Tacy pacjenci nie skarżą się na rodziny. Usprawiedliwiają je. Chowają się w sobie i cierpliwie czekają aż „młodzi” wrócą ze świąt w hotelu czy Sylwestra w Zakopanem.

Z wigilijnego dyżuru na neurologii pamiętam jeszcze pacjentkę, która jeszcze kilka dni wcześniej leżała pod respiratorem, ponieważ jej stan był ciężki. Na szczęście okazało się, że nagłe pogorszenie jej stanu zdrowia wynikało z nierozpoznanej cukrzycy, a nie z przyczyn neurologicznych. W wigilię pacjentka była już w pełnym kontakcie słownym. Kiedy rozdawałyśmy z dziewczynami południowe leki, podeszłam do pani Marysi. Okazało się, że może dziś wyjść do domu, więc wydawało mi się, że to przecież świetna wiadomość. W końcu jest wigilia i zawsze to lepiej spędzić ją w domu, z rodziną niż w szpitalu. Pani Marysia ostudziła mój entuzjazm. Oczy miała smutne i była jakaś taka przygaszona. Powiedziała, że ona wcale się nie cieszy, bo jak dzieci zabiorą ją do domu, to nikt z nią nawet nie porozmawia. Będzie tylko siedzieć w swoim pokoju, bo w domu czuje się jak intruz. Bo dzieci ciągle zabiegane, bo każdy ma swoje sprawy. A ona by chciała chociaż czasem wypić z nimi herbatę. Bardzo mnie to uderzyło. I oczywiście – nie znam sytuacji. Nie wiem dlaczego tak jest, jaka jest historia tej rodziny. Czy dzieci faktycznie są po prostu zajęte swoimi sprawami, czy mają jakieś powody do tego, żeby nie być blisko ze swoją mamą nawet jeśli mieszkają pod jednym dachem. Tego nie wiem. Ale pamiętam ten przejmujący smutek w głosie pacjentki, która zaledwie wczoraj była radosnym promykiem na oddziale. Dało mi to do myślenia.

Po wyjściu z dyżuru stało się coś, czego kompletnie bym się nie spodziewała. A mianowicie moja koleżanka po prostu przyjechała pod szpital, powiedziała, że wprasza się na herbatę, bo ma dla mnie świąteczną wałówkę.

- No ale jak to, Anka. Jest 19:00, czemu odwozisz mnie do domu zamiast siedzieć z rodziną przy wigilijnym stole?

- Bo nasza kolacja startuje o 20:30, nie martw się, zdążę. I tak jeszcze czekamy na przyjazd moich rodziców. W domu wszystko już gotowe.

Wysiadłyśmy pod blokiem, weszłyśmy na górę. Zrobiłam herbatę, a Anka wypakowywała po kolei pojemniki z ciastem, knedlami, kutią i pierogami. Schowała wszystko do lodówki i zapytała:

- Jesteś gotowa?

- Ale na co?

- Zabieram Cię na wigilijną kolację.

Nic z tego nie rozumiałam. Okazało się, że Anka była w kontakcie z moim bliskim znajomym, który też spędzał wigilię sam, bo z różnych względów zdecydował się nie pojechać do domu rodzinnego. Plan był więc taki, że spędzimy te święta razem. Naprawdę myślałam, że takie rzeczy dzieją się tylko w filmach. Ale postanowiłam się nad tym nie zastanawiać, poszłam się ogarnąć i przebrać, a już kilka minut później byłam w drodze do Maćka. Ania podwiozła mnie pod same drzwi. Życzyłyśmy sobie pięknych świąt i każda z nas poszła na swoją wigilię.


Przygaszone światło, na stole dwie miseczki z wigilijnym barszczem. W tle Kabaret „Hrabi” z nieśmiertelnymi skeczami na poprawę humoru.

- To co się właściwie stało? Czemu jesteś taka smutna?

- Dyżur mnie totalnie położył. Nie mogę patrzeć na to, jak ludzie oddają członków swoich rodzin do szpitali tuż przed świętami…

- To bardzo przykre… Mogę coś z tym zrobić?

- Może na początek zrób herbaty?

Rozmowy o życiu, Michał Lorenc w głośnikach, subtelne odsłanianie się przed sobą nawzajem. Czas jakby stanął w miejscu.

- Miałeś wyjść do Dominikanów o 22:30, to już...

- Spokojnie, jak wyjdę o 23:00, to też będzie w porządku. Poza tym, możesz albo iść ze mną, albo jechać do siebie, albo po prostu zostać tutaj, położyć się spać i odpocząć po dyżurze.

- Chodźmy…

- Ostatni raz byłam tu jakieś 5 lat temu, wiesz?

- No widzisz, ja bywam częściej. Lubię to miejsce.

- Ja też… zapomniałam, jak bardzo.

Kolędy, orkiestra, dobre życzenia, kazanie, mnóstwo znajomych. Nawet się nie spostrzegliśmy, a wybiła 3:00.

- To co? Wracamy do domu?

- Dziękuję… bo wcale nie musiałeś, a pozbierałeś mnie do kupy. Tak po prostu.

- Bardzo proszę. Od tego jestem… To co? Idziemy spać?

- Mhm…

To był magiczny wieczór, przepełniony ciepłem i rozmowami. Bliskością i wsparciem. Obecnością i całą masą nieprzewidzianych zdarzeń. Może to jest właśnie przepis na idealne święta?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Karawana kryzysu vs. Katastrofa dobroci

Szpitalne migawki – zapiski z neurologii

Dwa lata egzaminu z człowieczeństwa