Zapiski z neurologii - jeden dyżur, magia świąt, pasterka i dłużnicy
![]() |
| źródło: https://zdrowie.radiozet.pl/medycyna/prawa-pacjenta/nie-podrzucaj-seniora-na-swieta-apeluja-medycy |
Z wigilijnego dyżuru na neurologii pamiętam jeszcze pacjentkę, która jeszcze kilka dni wcześniej leżała pod respiratorem, ponieważ jej stan był ciężki. Na szczęście okazało się, że nagłe pogorszenie jej stanu zdrowia wynikało z nierozpoznanej cukrzycy, a nie z przyczyn neurologicznych. W wigilię pacjentka była już w pełnym kontakcie słownym. Kiedy rozdawałyśmy z dziewczynami południowe leki, podeszłam do pani Marysi. Okazało się, że może dziś wyjść do domu, więc wydawało mi się, że to przecież świetna wiadomość. W końcu jest wigilia i zawsze to lepiej spędzić ją w domu, z rodziną niż w szpitalu. Pani Marysia ostudziła mój entuzjazm. Oczy miała smutne i była jakaś taka przygaszona. Powiedziała, że ona wcale się nie cieszy, bo jak dzieci zabiorą ją do domu, to nikt z nią nawet nie porozmawia. Będzie tylko siedzieć w swoim pokoju, bo w domu czuje się jak intruz. Bo dzieci ciągle zabiegane, bo każdy ma swoje sprawy. A ona by chciała chociaż czasem wypić z nimi herbatę. Bardzo mnie to uderzyło. I oczywiście – nie znam sytuacji. Nie wiem dlaczego tak jest, jaka jest historia tej rodziny. Czy dzieci faktycznie są po prostu zajęte swoimi sprawami, czy mają jakieś powody do tego, żeby nie być blisko ze swoją mamą nawet jeśli mieszkają pod jednym dachem. Tego nie wiem. Ale pamiętam ten przejmujący smutek w głosie pacjentki, która zaledwie wczoraj była radosnym promykiem na oddziale. Dało mi to do myślenia.
Po wyjściu z dyżuru stało się coś, czego kompletnie bym się nie spodziewała. A mianowicie moja koleżanka po prostu przyjechała pod szpital, powiedziała, że wprasza się na herbatę, bo ma dla mnie świąteczną wałówkę.
- No ale jak to, Anka. Jest 19:00, czemu odwozisz mnie do domu zamiast siedzieć z rodziną przy wigilijnym stole?
- Bo nasza kolacja startuje o 20:30, nie martw się, zdążę. I tak jeszcze czekamy na przyjazd moich rodziców. W domu wszystko już gotowe.
Wysiadłyśmy pod blokiem, weszłyśmy na górę. Zrobiłam herbatę, a Anka wypakowywała po kolei pojemniki z ciastem, knedlami, kutią i pierogami. Schowała wszystko do lodówki i zapytała:
- Jesteś gotowa?
- Ale na co?
- Zabieram Cię na wigilijną kolację.
Nic z tego nie rozumiałam. Okazało się, że Anka była w kontakcie z moim bliskim znajomym, który też spędzał wigilię sam, bo z różnych względów zdecydował się nie pojechać do domu rodzinnego. Plan był więc taki, że spędzimy te święta razem. Naprawdę myślałam, że takie rzeczy dzieją się tylko w filmach. Ale postanowiłam się nad tym nie zastanawiać, poszłam się ogarnąć i przebrać, a już kilka minut później byłam w drodze do Maćka. Ania podwiozła mnie pod same drzwi. Życzyłyśmy sobie pięknych świąt i każda z nas poszła na swoją wigilię.
Przygaszone światło, na stole dwie miseczki z wigilijnym barszczem. W tle Kabaret „Hrabi” z nieśmiertelnymi skeczami na poprawę humoru.
- To co się właściwie stało? Czemu jesteś taka smutna?
- Dyżur mnie totalnie położył. Nie mogę patrzeć na to, jak ludzie oddają członków swoich rodzin do szpitali tuż przed świętami…
- To bardzo przykre… Mogę coś z tym zrobić?
- Może na początek zrób herbaty?
Rozmowy o życiu, Michał Lorenc w głośnikach, subtelne odsłanianie się przed sobą nawzajem. Czas jakby stanął w miejscu.
- Miałeś wyjść do Dominikanów o 22:30, to już...
- Spokojnie, jak wyjdę o 23:00, to też będzie w porządku. Poza tym, możesz albo iść ze mną, albo jechać do siebie, albo po prostu zostać tutaj, położyć się spać i odpocząć po dyżurze.
- Chodźmy…
- Ostatni raz byłam tu jakieś 5 lat temu, wiesz?
- No widzisz, ja bywam częściej. Lubię to miejsce.
- Ja też… zapomniałam, jak bardzo.
Kolędy, orkiestra, dobre życzenia, kazanie, mnóstwo znajomych. Nawet się nie spostrzegliśmy, a wybiła 3:00.
- To co? Wracamy do domu?
- Dziękuję… bo wcale nie musiałeś, a pozbierałeś mnie do kupy. Tak po prostu.
- Bardzo proszę. Od tego jestem… To co? Idziemy spać?
- Mhm…
To był magiczny wieczór, przepełniony ciepłem i rozmowami. Bliskością i wsparciem. Obecnością i całą masą nieprzewidzianych zdarzeń. Może to jest właśnie przepis na idealne święta?
- To co się właściwie stało? Czemu jesteś taka smutna?
- Dyżur mnie totalnie położył. Nie mogę patrzeć na to, jak ludzie oddają członków swoich rodzin do szpitali tuż przed świętami…
- To bardzo przykre… Mogę coś z tym zrobić?
- Może na początek zrób herbaty?
Rozmowy o życiu, Michał Lorenc w głośnikach, subtelne odsłanianie się przed sobą nawzajem. Czas jakby stanął w miejscu.
- Miałeś wyjść do Dominikanów o 22:30, to już...
- Spokojnie, jak wyjdę o 23:00, to też będzie w porządku. Poza tym, możesz albo iść ze mną, albo jechać do siebie, albo po prostu zostać tutaj, położyć się spać i odpocząć po dyżurze.
- Chodźmy…
- Ostatni raz byłam tu jakieś 5 lat temu, wiesz?
- No widzisz, ja bywam częściej. Lubię to miejsce.
- Ja też… zapomniałam, jak bardzo.
Kolędy, orkiestra, dobre życzenia, kazanie, mnóstwo znajomych. Nawet się nie spostrzegliśmy, a wybiła 3:00.
- To co? Wracamy do domu?
- Dziękuję… bo wcale nie musiałeś, a pozbierałeś mnie do kupy. Tak po prostu.
- Bardzo proszę. Od tego jestem… To co? Idziemy spać?
- Mhm…
To był magiczny wieczór, przepełniony ciepłem i rozmowami. Bliskością i wsparciem. Obecnością i całą masą nieprzewidzianych zdarzeń. Może to jest właśnie przepis na idealne święta?

Komentarze
Prześlij komentarz