Zapiski z neurologii - Show must go on, czyli Radio Udar już nigdy nie zagra jak wcześniej

 Gośka – wchodząc po schodach dyszała jak parowóz. Była po kilku zawałach, ale dalej kurzyła jak lokomotywa. Z języka budowała szczelną zbroję i chowała się za dużą dawką szydery. Zaufanie okazywała np. przez to, że poprosiła mnie kiedyś, żebym pobrała jej krew. Na koniec nawet pochwaliła, że nic nie poczuła. A komplement z jej ust w kierunku „świeżaka” to nie była częsta sytuacja, więc tym bardziej doceniam.

Czasem jest tak, że spotykasz człowieka, który od początku stawia ścianę. A potem jednak ten murek delikatnie się ukrusza. Nagle okazuje się, że tam głęboko, w środku, za szczelną maską szydery kryje się ogromna wrażliwość. Z każdym kolejnym wspólnym dyżurem mimo czarnego humoru i docinków stopniowo rodzi się zaufanie. Kiedy zmieniasz pracę i po kilku tygodniach w nowym miejscu przychodzisz w odwiedziny „na stare śmieci”, słyszysz nieoczekiwane: Wiesz, dobrze się z Tobą pracowało. I czujesz się zaskoczona tym nagłym wylewem sympatii. Gośka była właśnie taką osobą. O sobie opowiadała tylko „po wierzchu”, chowając się za szczelną zbroją ciętych ripost i szyderczych żartów. Ale tak naprawdę miała dużo ciepła w środku. Doceniała małe gesty i pozwalała sobie czasem ukruszyć ten murek. Kiedy dowiedziałam się najpierw o tym, że ma nowotwór, a potem o tym, że pojawił się przerzut do mózgu, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Pamiętam, jak koleżanka z oddziału opowiadała, że Gośka przyszła na oddział pobrać sobie badania kontrolne i… rozdawała dziewczynom różne rzeczy. Komuś obiecany sweter, komuś biżuterię. Jakby chciała się symbolicznie pożegnać. To było w piątek. W niedzielę karetka przywiozła ją do szpitala, przyjęto ją od razu na odcinek intensywnego nadzoru neurologicznego. Była w bardzo ciężkim stanie. Często podkreślała, żeby nie reanimować jej na siłę. Ostatni raz trafiła do szpitala wtedy, kiedy dyżur miała najbardziej stała zmiana na oddziale. Wyglądało to trochę tak, jakby Gośka to zaplanowała. Wyczuła moment. Nie wyobrażam sobie tego jak bardzo trudne emocjonalnie musi być takie doświadczenie. Kiedy nagle na oddział trafia twoja koleżanka z pracy. W ciężkim stanie. Dochodzi u niej do zatrzymania krążenia i… Przecież chcesz ją ratować, a z drugiej strony wiesz, że należałoby uszanować jej wolę i nie reanimować na siłę. Gośka umiera. Wszyscy spotykamy się znowu, tym razem na cmentarzu Rakowickim w piękny, słoneczny dzień. Urna jest butelkowo zielona. To jej ulubiony kolor. Wszyscy dzielnie stoimy na cmentarzu, łzy jeszcze nie pociekły, choć daje się wyczuć, że każdy z nas ma w środku dobre kilka kilogramów smutku. Pogrzeb dobiega końca. Przytulamy się. Jest piękne niebieskie niebo. Nagle z głośników rozbrzmiewa „Show must go on” zespołu Queen. I to jest gwóźdź do trumny, dosłownie, bo wszyscy w jednej chwili zalaliśmy się łzami. Pamiętam, że o tym też często mówiła. Puśćcie mi tę piosenkę na moim pogrzebie. Cała Gośka. Mocny akcent na koniec. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Karawana kryzysu vs. Katastrofa dobroci

Szpitalne migawki – zapiski z neurologii

Dwa lata egzaminu z człowieczeństwa