Lwów - interwencja kryzysowa w praktyce



- Karolina zadzwoniła, żeby zapytać czy nie chcę przyjechać na dyżur do punktu medycznego we Lwowie.
- I co, jedziesz?
-Tak, chyba tak. Chętnie zobaczę, jak działają.

Pojechałam. Okazało się, że tego dnia w punkcie medycznym jest pełna obstawa i kolejny „człowiek z uprawnieniami” nie jest tam potrzebny. Zwłaszcza, że przestrzeń była dość mocno ograniczona. Spędziłam więc kilka chwil na rozmowie z medykami, pomogłam przy kilku pacjentach, dla pewności sprawdziłam, gdzie jest najbliższy schron, a potem pojechałam do Krakowca, małego miasteczka tuż przy granicy z Polską, w którym na początku wojny zaczynałam swoją medyczną przygodę na tym obszarze. Tym razem znowu okazało się, że mam szczęście do ludzi. Spotkałam tam dwie pielęgniarki z Holandii, lekarkę z Londynu, ratownika medycznego ze Stanów, dwóch ratowników z Polski i Darię. Jej historia uświadomiła mi, że w tym zawodzie nie chodzi tylko o pomoc medyczną. Znacznie częściej chodzi o wsparcie psychologiczne. Nie chodzi tylko o leczenie chorób. Chodzi o Człowieka. Prawda jest taka, że nigdy nie jestem gotowa na takie historie. Ale jest to także historia o nadziei.

18-letnia dziewczyna ewakuowana z Mariupola. Przyjechała do Lwowa w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Pracowała z nami jako tłumaczka na granicy polsko-ukraińskiej. Czasami bywała też pacjentką, ponieważ chorowała na padaczkę. Wczoraj dostała wiadomość, że jej kolega z klasy zginął dzień wcześniej w Mariupolu. Wzięliśmy ją na papierosa. Potem na długi spacer. Powiedziała nam, że ma poczucie winy. Cierpi na syndrom ocalonego. Że przecież to mogła być ona. Ale ona jest tutaj. Bezpieczna. Powiedziałam jej, że może jej rola w tej sytuacji jest inna. Nadal może pomagać ludziom. Jest otwartą, bardzo odważną młodą dziewczyną. Buntowniczką. Wciąż żywą. Mimo wszystko ma dużą odporność psychiczną i wrażliwość. I to jest jej siła. Odpowiedziała, że pomaga nam przy granicy, bo chce odkupić swoją winę. To jest jej sposób na poradzenie sobie z sytuacją. Staraliśmy się dać jej silne wsparcie psychologiczne. Ustanowiliśmy „strefę bez wojny”. Umówiliśmy się, że przez godzinę nie poruszamy tego tematu. Tylko siedzimy, pijemy kawę, słuchamy muzyki i siebie nawzajem. Próbowaliśmy ją trochę pocieszyć. Nie oceniać, nie dawać nieproszonych rad. Po prostu słuchać. Naprawdę wierzę, że gdy ktoś poda Ci rękę, kiedy otrzymasz od kogoś silną akceptację i zrozumienie i zdecydujesz się to przyjąć, wtedy szybciej zagoisz swoje „wewnętrzne rany".

Trzymam kciuki. Życzę jej wszystkiego dobrego. Jest taka młoda, a już musi radzić sobie z tak wieloma trudnymi rzeczami jednocześnie. Ale z życzliwymi ludźmi wokół to znacznie łatwiejsze.

Historia Darii poruszyła mnie na tyle mocno, że w podręcznym notatniku zapisałam szybką migawkę: Do listy rzeczy ratujących życie, obok kamizelki kuloodpornej i szybkiej defibrylacji w migotaniu komór, dopisuję mądre wsparcie i rozmowę z odpowiednim Człowiekiem. Który złapie za rękę i nie wysunie jej w najmniej spodziewanym momencie.

Daria, życzę Ci dużo bezpieczeństwa. W każdej sferze.

Dokładnie rok później koledzy i koleżanki z lwowskiego pogotowia ratunkowego pokazali nam film z bombardowania, które miało miejsce w nocy. Momentalnie ścisnęło mnie w żołądku i gardle, a oczy się zaszkliły. W głowie zadźwięczał fragment tekstu Marysi o tym, że najważniejsze jest to, żeby mieć się z kim podzielić swoim szczęściem, wsparciem, dobrem i pracą. Tylko… co jeśli nagle już nie ma się z kim dzielić, bo życie dosłownie legło w gruzach?

"Zrozumiałam wszystkie lekcje Heleny poprzedniego wieczora. Ciepłe światło kuchennej lampy kładło się delikatnie na jej pomarszczonym czole i wciąż gładkich policzkach.

(...)

– Spracowane mam te nogi, o i tak bolą. Były dzieci, trzeba im było wszystkiego nastarać.

– Ty to chyba lubisz pracować.

– Nie wiem. Jak coś jest niezrobione, to mnie denerwuje. Tu coś do zrobienia, tam coś do zrobienia. I tak zawsze. Teraz już sama widzę, że trochę nie daję rady. A tyle lat dawałam.

– Całe życie ci tak minęło.

– Całe.

– I nie żałujesz?

– A co by mi by było z jakiejkolwiek roboty, jak bym nie miała się tym z kim podzielić."


Małe sensy znowu dają o sobie znać.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Karawana kryzysu vs. Katastrofa dobroci

Szpitalne migawki – zapiski z neurologii

Dwa lata egzaminu z człowieczeństwa