Pandemia COVID-19. Czarnobyl naszych czasów?
Pamiętam, że końcem lutego 2020 śmialiśmy się z tego, że konto o nazwie Koronawirus z Wuhan wysłało nam zaproszenie do znajomych na Facebooku. Nikt z nas nie podejrzewał, że tydzień później przyjdzie nam faktycznie mierzyć się z pandemią.
Stop klatka
Pamiętam wszechobecny chaos organizacyjny. Organizację dodatkowej przestrzeni w szpitalu, mogącej służyć za izolatki. Pamiętam telefony do SANEPID-u, przymusowe kwarantanny, zostawanie w szpitalu po godzinach czekając na wynik testu. Wyniki spływające po kilkunastu godzinach. Pustkę. Pamiętam przyjeżdżanie na dyżur z walizką/plecakiem, do którego miałam spakowane rzeczy na kilka dni, bo nigdy nie było wiadomo czy po dyżurze uda się wrócić do domu. Pamiętam dyżurowe rozmowy, zdartą do krwi skórę na nosie od masek ffp3. Pamiętam trzy reanimacje w jednym czasie i przerażenie w oczach pacjenta, któremu jest tak strasznie duszno... Pamiętam koszmarne zmęczenie po dyżurach i ubrania, które spakowane w czerwonym worku odbywały swoją kwarantannę na klatce schodowej. Pamiętam, że obudziłam się pewnego dnia o 3:15 z bardzo dużym niepokojem w środku. Nie wiedziałam, co się dzieje, ale nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Rano okazało się, że mój ówczesny partner zachorował na COVID i właśnie ok. 3:00 złapała go koszmarna duszność. Bał się, że nie dotrwa do rana...
Pamiętam krótkie migawki z życia, takie jak te:
Siedzisz z bliskimi przy stole, nagle z megafonu rozlega się komunikat aby ze względu na pandemię koronawirusa pozostać w domu dla własnego bezpieczeństwa. Za oknem świeci słońce, jest piękna wiosna.
- Trochę jak w stanie wojennym… Albo w Czarnobylu.
- Trochę tak. Boję się.
Święta Wielkanocne:
- Nigdy bym nie pomyślała, że stwierdzenie, że jeśli kogoś kochasz – nie odwiedzaj go będzie prawdziwe…
Na dyżurze:
- Jak tam, dajecie radę na OiT?
- Wyprowadziłam się z domu. Dla bezpieczeństwa bliskich. Dziewczyny też. Zostawiły kilkumiesięczne dzieci i nie wiedzą kiedy znowu je zobaczą… To jest dramat. Pewnych rzeczy nie da się przefiltrować... Łzy same ciekną.
- Cześć, co tu jeszcze robisz? Czemu nie jedziesz do domu po dyżurze?
- Czekamy na wynik pacjenta, mieliśmy osobę podejrzaną o COVID.
Znasz to uczucie, kiedy robisz test ciążowy i modlisz się, żeby wyszedł ujemny, bo wiesz, że to absolutnie nie jest dobry moment na dziecko? I tę radość, kiedy widzisz jedną kreskę? Nie?
A moment, kiedy idziesz na pobranie krwi do badań i pierwszy raz w życiu chciałabyś żeby wynik był poniżej normy? Nie zapomnę tego uczucia. Że ze zmęczenia już nawet nie masz siły się stresować. Po prostu patrzysz w ścianę i czekasz, aż ktoś z laboratorium zadzwoni z wynikiem.
Człowieczeństwo
- Boję się, że jeśli wymaz wyjdzie dodatni, to zwolnią mnie z któregoś miejsca pracy. Albo, że znajomi się odwrócą, będą mieli pretensje, że mogłam ich zarazić. Już teraz zamiast "Cześć, co słychać?", rzucają tylko: "Masz wynik?"
Wynik ujemny? Super, masz szczęście. Walczymy dalej, kwarantanna anulowana. Wynik dodatni? Bańka pryska i nagle ludzie zaczynają Cię postrzegać jak zagrożenie. Znikają ludzkie odruchy, pojawia się znieczulica. Najchętniej chcieliby żebyś zniknął, wyprowadził się. To ze strachu. Ludzie w obliczu zagrożenia reagują na różne sposoby. Ciężko im się dziwić. Przecież „człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach”. Każdy z nas się boi. Ale nie traćmy wrażliwości na drugiego człowieka. Przecież jeśli wiemy, że sąsiad dostał wynik dodatni i siedzi w domu, to wciąż możemy zapytać przez drzwi czy czegoś nie potrzebuje. Zrobić zakupy i zostawić je na wycieraczce. Wesprzeć dobrym słowem. Pamiętam, że powtarzałam sobie w myślach: Nie pozwólmy sobie zobojętnieć na tę sytuację.
Normalność
- Nie masz wrażenia, że to wszystko się już trochę uspokoiło? Że świat powoli wraca do normalności?
Normalność? Czyli co? Oblane testy, wyniki poniżej normy, zdjęcia do albumu rodzinnego w maseczkach na twarzach? Nowa rzeczywistość. Nowy rok - nowa ja? Chyba nie to mieliśmy na myśli, snując noworoczne postanowienia. Weryfikacja. Relacji, znajomości. Lęk. Przed obojętnością, przed korona-hejtem. Dystans. Niekoniecznie zdrowy.
Obojętność
Jak zmieni się świat? Jak to wpłynie na ludzi? Czy dystans dwóch metrów zamieni się w mury-nie-do-zburzenia?
Przyzwyczajenie
Podobno człowiek do wszystkiego jest w stanie się przyzwyczaić. Fartuch barierowy, przyłbica, maska - zaraz obok długopisu i pieczątki - dyżurowy must have każdego medyka.
Na szczęście w całej tej sytuacji były też dobre momenty. Kiedy słyszysz „dziękuję” wtedy, gdy zupełnie byś się tego nie spodziewała. Kiedy dawno niewidziani znajomi oferują pomoc i wsparcie. Kiedy otwierasz skrzynkę na listy, a w środku znajdujesz filtry do maseczek i kartkę wielkanocną. Kiedy masz dyżur z ludźmi, którzy bez pytania zrobią Ci herbatę w kryzysowym momencie. I nawet jeśli już po dyżurze siedzicie i patrzycie się w ścianę, to robicie to wspólnie. Czuć wsparcie w powietrzu.
Bańka szybko prysła, bo okazało się, że w samym środku pandemicznego chaosu przyszło mi zmienić pracę. Dyrekcja zaczęła bardzo nie w porządku traktować naszą oddziałową, więc stanęło na tym, że Edyta złożyła wypowiedzenie. A razem z nią ponad 10 osób z zespołu pielęgniarsko-ratowniczego. Odeszliśmy razem, pokazując zawodową solidarność. To był mocny, ale ważny moment na zawodowej drodze.

Komentarze
Prześlij komentarz