SOR STOP
I przychodzi moment, że już tak nie chcesz. Wiecznie gonić z dyżuru na dyżur, bo kredyt, a poza tym przydałoby się odłożyć na remont, emeryturę i oszczędności. Masz już dość skrajnego zmęczenia, ale przecież nie można zwolnić, trzeba zapierdalać. Gówno prawda. Poziom stresu w organizmie wywala pod sufit. Poziom lęku o zdrowie swoje i bliskich, też. Bo za dużo się napatrzyłaś. A niektóre przypadki medyczne, mimo że już dawno odwrażliwione, na zawsze zostaną w głowie. Więc czas wcisnąć stop i przestać uciekać. Przed sobą albo przed trudnościami. Ta praca potrafi uzależnić, to jasne. Dostarcza całej gamy emocji od euforii i dumy, po wkurw i frustrację. Dzieje się, nie jest nudno. Ale przychodzi taki moment, kiedy trzeba zadbać o siebie. Złapać w tym wszystkim zdrowy balans. To trochę jak ze sportem ekstremalnym. Człowiek wiecznie szuka sobie wrażeń, nowych wyzwań, ciągle więcej i więcej. Aż w końcu przychodzi moment, że też już tak nie chce. Że skoro w głowie jest spokój, a w domu bezpieczeństwo, to już nie trzeba szukać kolejnych emocji. Można przestać się dojeżdżać i wiecznie ze sobą ścigać. Nadchodzi moment, kiedy człowiek ma zapas sił i w głowie i w mięśniach. I staje się dojrzałym sportowcem. Który wie, jak nie spalić się na starcie długodystansowego górskiego biegu i umiejętnie rozłożyć siły. I mimo że ten sport dalej daje mu całą gamę tych głębokich emocji, które tak przecież kocha, to podchodzi do całości już z większym spokojem i dojrzałością. Już nie musi sobie nic udowadniać. Ma w sobie pokorę, skromność, spokój i doświadczenie.
Zawodowe ścieżki bywają podobne. Często wyboiste niczym górski szlak. Człowiek wielokrotnie staje na rozdrożu. Z różnych względów. Ja miałam dość braku szacunku i wypalania. Wypalania siebie wzajemnie, w zespole. I tego, że ordynator traktował swoich współpracowników jak powietrze. Nie odpowiadał „dzień dobry”, nie rozmawiał. „Karał” milczeniem. Jest jeszcze kilka rzeczy, które wzbudzają we mnie obrzydzenie, ale to nie miejsce i czas żeby tutaj o nich pisać. Znajomi mówili: No ale wiesz, tu jest naprawdę okej, nigdzie nie jest idealnie. To prawda, nigdzie. Pytanie tylko na jaki poziom obrzydzenia lub dyskomfortu jesteś w stanie się zgodzić, żeby praca dalej sprawiała Ci satysfakcję i żeby tak po prostu chciało Ci się do niej przychodzić. Ja doszłam już do granicy. Musiałam zrobić sobie przerwę. Nie wykluczam powrotu, bo kocham medycynę ratunkową i „zawodowe mięso”, ale doszłam do momentu, kiedy po prostu się przelało. Przestała mnie kręcić „zajebistość na siłę”. Kreowanie miejsca, w którym przecież poziom taki wysoki, medycyna taka zajebista, świetny zespół itd. No, szkoda że owocowych czwartków jeszcze nie ma w pakiecie. A potem nagle się okazuje, że w tej całej “zajebistości” kuleją podstawy. Szacunek do współpracowników. Sytuacje, które nigdy nie powinny mieć miejsca. A jednak się dzieją… Jak ta, kiedy u reanimowanego przez nas pacjenta następuje co jakiś czas powrót spontanicznego krążenia, ale lekarz nie decyduje się na podłączenie amin presyjnych, bo pan jest mocno schorowany, więc dajmy mu odejść. Rodzina pacjenta czeka za drzwiami. Rytm serca dalej jest widoczny na monitorze. Lekarz przechodząc obok pacjenta jednym ruchem ręki zrywa elektrody z jego klatki piersiowej. Na monitorze momentalnie pojawia się przerywana linia, świadcząca o braku podłączenia elektrod. Ale rodzina o tym nie wie. Nie wie, że ich ojciec/dziadek jeszcze żyje. Że te linie na monitorze to nie asystolia. Lekarz wpuszcza ich do środka. Opłakują stratę. A we mnie rośnie wkurw. Tak duży, że gdybym mogła, rozpierdoliłabym ścianę. Bo owszem, są sytuacje, kiedy odstępuje się od reanimacji ze względu na obciążenia chorobowe pacjenta. I czasem jest to naprawdę najbardziej humanitarne wyjście. Bo udana reanimacja to jedno, a tygodnie spędzone na intensywnej terapii to drugie. Nigdy nie mamy gwarancji czy pacjent z tego wyjdzie. Czasem niestety nie rokuje, a jedynie… wegetuje. To są trudne decyzje i nie chcę ich oceniać. Ale nie zgadzam się na sytuacje odłączania kabli, bo tak jest najłatwiej. Zamiast porozmawiać z rodziną, wyjaśnić sytuację, najlepiej zerwać kable i wyjść. A potem rzucić tylko lakoniczne: przykro mi. Nie reagowanie na zmiany stanu poszkodowanych, ignorowanie próśb personelu o interwencję, podrabianie podpisów w dokumentacji medycznej. To tylko niektóre sytuacje, które przelały czarę goryczy. A najgorsze jest to, że te wszystkie sytuacje, choć nigdy nie powinny się zdarzyć, zawsze uszły na sucho. Mimo rozmów i reakcji – nic się nie zmieniło. Zatem – mój czas w tym szpitalu dobiegł końca. Nie rzuciłam kwitem z dnia na dzień. Najpierw wzięłam dwumiesięczny urlop bezpłatny, potem porozmawiałam z oddziałowym. To były długie i bardzo szczere rozmowy i jestem wdzięczna, za to, że się odbyły. Było trochę łez, trochę strachu. Ale i zaufanie.
-Potrzebuję odpocząć.
-I dlatego jedziesz w te Tatry i bierzesz dłuuugi urlop…
-Tak… Tak.
Potem zapadła głęboka cisza i spojrzenie prosto w oczy. I w tej ciszy i spojrzeniu było wszystko: pełne zrozumienie, wzruszenie i trzymanie kciuków.
-Basia, nie zostawiaj mnie teraz samej z tym bałaganem, proszę…
-Spokojnie. Ustabilizujemy sytuację i dopiero wtedy wyjdę.
-Mogę już iść? Dasz sobie radę?
-Tak, teraz tak. Dziękuję.
Po powrocie z urlopu bezpłatnego podjęłam decyzję. Czas odpocząć od pracy w SORze.
Nie lubię pożegnań, bo nie kojarzą mi się dobrze. Większość z nich w moim życiu była nagła, nieoczekiwana, trudna. Często czułam się tak, jakbym dostała strzała w pysk. Dosłownie. Ale – jeśli miałabym policzyć dobre momenty w tym miejscu pracy, to paradoksalnie, pożegnanie byłoby jednym z nich. I wcale nie dlatego, że naprawdę chciałam już stamtąd odejść, ale dlatego, że było ciepłe i bardzo szczere. W większości mieliśmy zgrany zespół. Poza tymi momentami, na które kompletnie nie zgadzałam się w środku, były też takie, które dużo mnie nauczyły. Na drodze zawodowej pojawiali się ludzie, którzy obdarzali wsparciem i zaufaniem. Ciepli, wrażliwi, bezpieczni. Którzy zwrócą uwagę, kiedy trzeba, ale dadzą też wsparcie w krytycznym momencie. Byli dobrymi nauczycielami. Życia i zawodu.
Przyjechałam rano na dniówkę, ostatnią w tym miejscu pracy. Z psem pod pachą, bo Agata obiecała zabrać go do siebie na czas mojego dyżuru. Bartek zgarnął mnie na zabiegówkę, a tam… Czekała na mnie piękna niespodzianka. Ciasto, prezenty, zdjęcia, uściski, dobre życzenia i deszcz ciepłych słów. Kilka lat wcześniej robiłam podobne pożegnanie Bartkowi, kiedy odchodził z izby przyjęć do pogotowia. Nawiązał do tego mówiąc mi na odchodne: "Byłem kiedyś w podobnym momencie, pamiętasz. Ja znalazłem swoją drogę, Tobie też tego życzę."
To był jeden z trudniejszych dyżurów w mojej karierze. Nie dlatego, że pacjenci cierpieli na ciężkie schorzenia, lecz dlatego, że co jakiś czas z oczu kapały mi łzy. Niby człowiek wie, że ma tutaj drzwi otwarte i może wrócić w odpowiednim dla siebie momencie. I że ludzie, którzy mają zostać w moim życiu i tak zostaną. Ale jednak… Tak po prostu szkoda mi było stamtąd wychodzić. Mimo że wiedziałam, że to najlepsza decyzja na teraz, bo dłużej już po prostu nie chcę tu być. Ale łezka wzruszenia ściskała mi środek. Jestem wdzięczna za wszystkie pytania: ale wrócisz do nas jeszcze, prawda? Za zaufanie, którym zostałam obdarzona i za to, że ja też mogłam tym zaufaniem kogoś obdarzyć. Za szczere rozmowy i przytulenie. Za wszystkie wspólnie wypite herbaty na ciężkich dyżurach. Za wiarę i nieustanne lekcje pokory. Za wsparcie przed konferencją, Dobre Życzenia, silne znajomości, wszystkie wspólnie wypalone szlugi na podjeździe. Za uśmiech, szyderę i kreatywność. Wierzę, że te ścieżki się jeszcze splotą. Do zobaczenia!
Miałam dużo wątpliwości odnośnie tego, czy publikować tutaj ten tekst. Ale podjęłam decyzję, że puszczam to w świat. Jeśli u kogoś wywoła to jakąś refleksję, to będzie to tylko z korzyścią dla przyszłych pacjentów. Niech się czyta zatem.

Komentarze
Prześlij komentarz