Ćwiczenia ze straty? Odrabiam od grudnia
I bardzo chcę wierzyć, że te momenty, kiedy chowali już do grobu trumnę mojego dziadka i w tym momencie ktoś stojący daleko za nagrobkami cichutko i z wyczuciem zagrał Barkę oraz ten kiedy niecały miesiąc później na pogrzebie mojej babci nagle wyszło słońce i przestało padać – to ciche znaki od nich i uśmiechy tam z góry, mówiące: Nie martwcie się. Już wszystko dobrze.
Gdyby taki znak istniał, znalazłby się dokładnie w tym miejscu. Jest mi trudno, ale wiem, że dławiona w sobie żałoba nie prowadzi do niczego dobrego. A najbardziej przeraża mnie świadomość, że kiedyś to ja będę musiała zorganizować pogrzeb własnych rodziców. Może w śmierci Bliskich chodzi o to, żeby trochę się z nią oswoić? To przecież nieodłączny element cyklu życia. Dziadkowie mieli dobrą śmierć. On – zasnął w domu, wśród najbliższych, ona – zgasła w ZOL-u. Bez bólu.
Czy w polskich szpitalach istnieje coś takiego jak godne umieranie? Pamiętam jedną z pacjentek, którą znajomy lekarz zdecydował się przyjąć na kardiologię (mimo rozpoznania chirurgicznego), bo tylko tam było wtedy miejsce. Z tą panią był mąż. Mógł być z nią na sali i mimo że wszyscy mieliśmy świadomość, że ona odchodzi, nie stało się to na korytarzu, w tłumie obcych ludzi i bez grama prywatności. Pamiętam jak bardzo byłam mu wtedy wdzięczna. Że tak po prostu, po ludzku powiedział: jedziemy z panią na kardiologię. Człowiek w takich chwilach potrzebuje takich zwykłych, ludzkich odruchów, które czasem schowały się głęboko za zbroją utkaną ze znieczulicy i wypalenia. A to przecież my, medycy, często towarzyszymy swoim pacjentom w najtrudniejszych momentach. Bądźmy uważni. Dla siebie i na siebie nawzajem. Bo… Bo potem jakoś łatwiej się odnaleźć w żałobie.

Komentarze
Prześlij komentarz